| < Grudzień 2018 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            
RSS
piątek, 04 czerwca 2010
Skins (s. 01-04)

Miałam, jak to się mówi, małą przerwę w życiorysie. Nie, nie spowodowaną żadnymi używkami... przynajmniej nie bezpośrednio. Po prostu ostatnie dni, w każdym razie ich część szumnie nazwaną "czasem wolnym", spędziłam na oglądaniu serialu... Skins:P Stąd to "nie bezpośrednio". Jako że bohaterowie ww. serialu nader chętnie wspomagają się różnymi, głównie nielegalnymi substancjami (ja zaś wyżej piwa się rzadko podskoczę), mam prawo czuć się trochę oszołomiona. No i przyznaję do się do błyskawicznego kursu wulgaryzmów i przekleństw (kurs 2.0, lekcje dla początkujących zapewniło mi tłumaczenie napisów do Dogfight i Sixteen Years of Alcohol...) w języku angielskim...

Nie jest tajemnicą, że jestem wielbicielką seriali "młodzieżowych", ale dość długo broniłam się przed tą produkcją, choć ze wszystkich stron docierały do mnie pozytywne opinie. W sumie nie wiem, dlaczego. Chyba spodziewałam się jakiegoś My, dzieci z dworca zoo 2000, czegoś przygnębiającego i "twardorzeczywistego", przestrzegającego przed nadużywaniem alkoholu i narkotyków, a nie jestem aktualnie w nastroju do przygnębiających i "twardorzeczywistych" spraw. Ale że entuzjastyczne recenzje nie ustawały, a do tego doszły wieści o szykowanym pełnometrażowym filmie, pomyślałam, czemu nie spróbować?

Dotychczas powstały cztery serie przygód nastolatków z Bristolu. Gdybym nie obejrzała dwóch ostatnich odcinków, przyłączyłabym się do chóru pochwał. Więc przez chwilę udawajmy, że ich nie widziałam...

"Za moich czasów" szczytem nastoletniego buntu było palenie papierosów, ale nie jestem naiwna, czy zacofana. Nie bulwersują mnie ani miękkie, ani twarde narkotyki, przynajmniej na ekranie, ani ostry seks, nawet jeśli jeszcze dziesięć-piętnaście lat temu ten sam dreszcz emocji zapewniał skradziony pocałunek czy przypadkowe muśnięcie dłoni. Przyjmuję do wiadomości, że Skins jest trochę "mocniejsze", niż np. O.C., ale ani mnie to ziębi, ani grzeje. Nie mnie decydować, czy na miejscu jest główny argument wielbicieli brytyjskiego serialu, czyli "autentyczność", już jestem za stara, żeby to ocenić:( Ale, czy jest to bliskie rzeczywistości, czy przesadzone, robi wrażenie. W jakiś pokrętny sposób intensywność doznań głównych bohaterów, ("ZINTENSYFIKOWANA" różnymi farmaceutkami,) dociera do widza, dzięki znakomitemu (choć przecież często amatorskiemu!) aktorstwu, wzmocnionemu pracą kamery, filtrami, montażem, reżyserią (?) itp.

To, co mnie zaskoczyło, to humor. Nie wiem czemu, ale oczekiwałam brutalnie przyziemnego dramatu, a tu się okazało, że oglądam serial, w gruncie rzeczy, komediowy. Pierwszemu sezonowi, oprócz śmiechu z taśmy, często niewiele do sitcomu brakowało. I później bywały momenty bardziej i mniej poważne, ale nawet w tych najbardziej wzruszających nie brakowało charakterystycznych dla komedii motywów i nierealnych zbiegów okoliczności, jak kradzież i zwrot trumny czy pojedynek na ostre papryczki z lokalnym gangsterem.

W pierwszym "pokoleniu" najbardziej polubiłam Cassie oraz Maxa i Anwara, w drugim szczególnie "kibicowałam" parze Effy – Freddie... Aż nadeszły ostatnie odcinki...

[UWAGA: spoilery jak stąd dotąd naokoło]

Nie mogłam nie wziąć do siebie wątku choroby psychicznej...:P Ale w momencie, kiedy terapeuta Effy, pardon, "terapeuta", na pytanie "Czemu nie [mogę opowiedzieć] o czymś przyjemnym?" odparł "Bo to mnie nie interesuje" jasne dla mnie stało się, że "coś tu śmierdzi" (moja psychoterapeutka prędzej z udawaną ciekawością wysłuchałaby szczegółów dotyczących mojego śniadania i porannej toalety, skoro zdecydowałam się o nich opowiedzieć, niż przyznała, że ma to gdzieś i raczej dyplomatycznie skierowałaby rozmowę na zajmujący ją ze względu na jakieś tam psychologiczne bzdety temat, niż tak bezpośrednio przyznałaby się do braku zainteresowania). I nie spodobało mi się to (eufemistycznie mówiąc). Psychiatra-psychopata, motyw rodem z kiepskiego horroru, pasował do, mimo wszystko, dość realistycznego serialu, jak przysłowiowa pięść do nosa, i boleśnie popsuł mi ogólne wrażenie...

Niemniej jednak, choć spodziewałam się ZUPEŁNIE CZEGOŚ INNEGO i choć zawiodłam się na końcówce, w moim ostatecznym bilansie na łożu śmierci nie spiszę na straty tygodnia, spędzonego przy oglądaniu Skins. A kiedy wróci w przyszłym sezonie z, prawdopodobnie znowu całkowicie nowymi, bohaterami, na pewno będę go oglądać i każdemu, kto poprosi mnie o rekomendację "fajnego młodzieżowego serialu", szczerze go polecę.

(Nie wspominając o absolutnie genialnej ścieżce dźwiękowej, gdzie jakieś zupełnie mi nie znane, ale świetne "elektro-", "emo" i "neopunkowe" kawałki przeplatają się z evergreenami i i ich coverami!...)

wtorek, 18 maja 2010
Jason Michael Carroll - Alyssa Lies

Przepraszam, jeśli komuś dobry dzień popsuję.

TEKST:

My little girl met a new friend

Just the other day

On the playground at school

Between the tires and the swings

But she came home with tear-filled eyes

And she said to me "Daddy, Alyssa Lies"

we'll I just brushed it off at first

Cause I didn't know how much my little girl had been hurt

Or the things she had seen

I wasn't ready when I said you can tell me

And she said

Alyssa Lies

To the classroom

Alyssa lies

Everyday at school

Alyssa lies

To the teachers

As she tries to cover every bruise

My little girl laid her head down

That night to go to sleep

As I stepped out the room I heard her say

A prayer so soft and sweet

God bless my mom and my dad

And my new friend Alyssa

oh I know she needs you bad because

Alyssa Lies

To the classroom

Alyssa lies

Everyday at school

Alyssa lies

To the teachers

As she tries to cover every bruise

I had the worst night of sleep in years

As I tried to think of a way to calm her fears

I knew exactly what I had to do

But when we got to school on Monday I heard the news

My little girl asked me why everybody looked so sad

The lump in my throat grew bigger

With every question that she asked

Until I felt the tears run down my face

And I told her that Alyssa wouldn't be at school today

'Cause she doesn't lie

In the classroom

She doesn't lie

Anymore at school

Alyssa lies

With Jesus

Because there's nothing anyone would do

Tears filled my eyes

When my little girl asked me why

Alyssa lies

oh daddy, oh daddy, tell me why

Alyssa lies

TŁUMACZENIE:

Moja córeczka poznała nową koleżankę

Pewnego dnia,

Na szkolnym placu zabaw,

Między oponami i huśtawkami.

Ale wróciła do domu ze łzami w oczach

I powiedziała "Tatusiu, Alyssa kłamie".

Zlekceważyłem to na początku,

Bo nie wiedziałem, jak to zraniło moją małą

I co widziała.

Nie byłem przygotowany, kiedy powiedziałem

"Możesz mi opowiedzieć", a ona powiedziała:

Alyssa kłamie

Klasie,

Alyssa kłamie

W szkole, codziennie.

Alyssa kłamie

Nauczycielom

I stara się ukryć każdy siniak.

Moja córeczka spuściła głowę

Wieczorem, przed pójściem spać.

Kiedy wychodziłem z pokoju, usłyszałem

Jej modlitwę, tak łagodną i słodką:

"Boże, pobłogosław mamusię i tatusia

I moją nową przyjaciółkę, Alyssę,

Och, wiem, że strasznie Cię potrzebuje, bo

Alyssa kłamie

Klasie,

Alyssa kłamie

W szkole, codziennie.

Alyssa kłamie

Nauczycielom

I stara się ukryć każy siniak.

Od lat nie miałem tak okropnej nocy,

Jak gdy starałem się wymyślić sposób, żeby ukoić jej lęki.

Doskonale wiedziałem, co muszę zrobić,

Ale gdy przyszliśmy w poniedziałek do szkoły

Usłyszałem wieści.

Córeczka spytała, dlaczego wszyscy są tacy smutni

Moje gardło ściskało się coraz bardziej

Z każdym jej pytaniem

Aż poczułem łzę spływająca po policzku.

I powiedziałem jej, że Alyssy nie będzie dzisiaj w szkole,

Bo nie ma jej

W klasie,

Już jej nie ma

w szkole.

Alyssa spoczywa

W Panu,

Bo już nikt nic nie może zrobić.

Łzy wypełniły moje oczy,

Kiedy moja córeczka spytała mnie, czemu

Alyssa kłamie.

"Och, tatusiu, powiedz, czemu

Alyssa kłamie?"

 

[Tia, wiem, skarżyłam się na  gry słów i wieloznaczność, a potem z pięknym "lie" wyskakuję...]

poniedziałek, 17 maja 2010
Lee Ann Womack - The Fool

Naprawdę niespecjalnie pomijam śpiewające panie, prezentując piosenki country. W każdym razie nie ma to nic wspólnego z seksizmem. Jakoś tak wychodzi. Ale żeby nie było, dzisiaj jedna z moich ulubionych wokalistEK, którą zaprezentowałabym już dawno, gdyby nie to, że wiele jej naprawdę świetnych piosenek, które uwielbiam, jak np. Last Call, czy Why They Call It Falling charakteryzuje się tekstami, stanowiącymi trochę za wysokie progi dla mnie, jako "tłumacza"- skończyłoby się na przypisach i wyjaśnieniach, dygresjach poświęconych polisemii i frazeologii i błyskotliwe gry słów rozmyłyby się w tych językoznawczo-przekładoznawczych rozważaniach. Rzuciłam więc monetą między The Fool i  If this Walls Could Talk:P

TEKST:

You don't know me but I know who you are

Mind if I sit down

Do I look familiar if I don't well I should

I'm sure you've seen me around

I know you've probably heard my name

Though we've not been introduced

I'm the fool in love with the fool

Who's still in love with you

If you've got a minute I'll buy you a drink

I've got something to say

It might sound crazy but last night in his sleep

I heard him call out your name

This ain't the first time he's done it before

And it's hard to face the truth

I'm the fool in love with the fool

Who's still in love with you

I know love is a fragile thing

And I'm trying hard to make it last

But it ain't easy holding on to my dream

When he's holding on to the past

Just one more thing before I go

I'm not here to put you down

You don't love him and that's a fact

Girl I've seen you around

But you hold his heart in the palm of your hand

And it's breaking mine in two

'Cause I'm the fool in love with the fool

Who's still in love with you

I'm the fool in love with the fool

Who's still in love with you

TŁUMACZENIE:

 

Nie znasz mnie, ale ja wiem, kim jesteś.

Mogę się przysiąść?

Wyglądam znajomo? Nie? Cóż, powinnam.

Na pewno widziałaś mnie w okolicy.

Prawdopodobnie obiło ci się o uszy moje imię,

Chociaż nie zostałyśmy sobie przedstawione.

Jestem tą idiotką, zakochaną w tym głupcu,

Który jest wciąż zakochany w tobie.

Jeśli masz chwilę, postawię ci drinka.

Mam coś do powiedzenia,

To może głupio zabrzmi, ale zeszłej nocy

słyszałam, jak przez sen krzyczy twoje imię.

Nie pierwszy raz, zdarzało się to już wcześniej.

I trudno spojrzeć prawdzie w oczy:

Jestem tą idiotką, zakochaną w tym głupcu,

Który jest wciąż zakochany w tobie.

Wiem, że miłość jest krucha

I robię, co w mojej mocy, żeby ją utrzymać,

Ale nie łatwo trwać przy swoim marzeniu,

Kiedy on trwa przy przeszłości.

Jeszcze jedno, nim pójdę.

Nie przyszłam tu, żeby cię oskarżać.

Nie kochasz go, taka jest prawda,

Dziewczyno, widziałam cię w pobliżu.

Ale trzymasz w dłoni jego serce

a to łamie moje na pół.

Bo ja jestem tą idiotką, zakochaną w tym głupcu,

Który jest wciąż zakochany w tobie.

Jestem tą idiotką, zakochaną w tym głupcu,

Który jest wciąż zakochany w tobie.

piątek, 14 maja 2010
Criminal Minds 5x21

 

Trochę to trwało, ale nareszcie po powrocie z "zagramanicznych" wojaży udało mi się nadrobić większość zaległości. Pomału znowu mogę oglądać na bieżąco seriale. I tylko "bloguś" wciąż taki opuszczony...

Ale skarżyłam się niedawno na mój, niegdyś ulubiony, serial, że traci swoje "coś", a odcinek 5x16 przelał czarę goryczy. Od tego czasu niewiele się zmieniło. Przynajmniej nie na lepsze. Były momenty, przebłyski dawnej świetności, już nawet tydzień później; było całkiem przyjemne orzeźwienie w postaci pilota spin-offu (podobała mi się akcja, tempo, dość nietypowe dla CM, ale, tak na marginesie nie uważam, żeby "team" Foresta Whitakera w obecnym składzie pociągnął SERIAL)... Ale znacznie więcej było pomysłów, które lepiej sprawdziłyby się w drugorzędnych horrorach, przerysowanych, niewiarygodnych i, co gorsza, "nie-uwiarygodnionych" w żaden sposób czarnych charakterów, kiepskiej sensacyjnej intrygi, którą nasi bohaterowie od czasu do czasu komentowali, wygłaszając cytaty z "podręcznika wiktymologii dla opornych".

Skarżyłam się i kubeł pomyj a nawet zawartość nocnika wylałam na wspomniany szesnasty odcinek, więc teraz czuję się w obowiązku napisać o 21., który mi się podobał.

Nie twierdzę, że był jakiś nadzwyczajny, i raczej nie jest zapowiedzią lepszych czasów, ale w kontekście sezonu piątego... jak to się mówi, na bezrybiu i rak ryba. W końcu były jakieś emocje, w końcu aktorzy nie odstawiali szkolnej akademii, w końcu pobudki i działania sprawcy były prawdopodobne a dochodzenie w miarę interesujące... (no i... w końcu było trochę więcej Morgana:)).

Duża w tym zasługa miejsca akcji. Tym razem BAU wybrała się na Alaskę do miasteczka tak małego, że każda kolejna ofiara zabójcy może je zdegradować do rangi wsi:P To coś nowego, do tego nas seryjni mordercy nie przyzwyczaili: miejsce, w którym nie sposób zachować anonimowości, rozpłynąć się w tłumie, można co prawda spróbować się ukryć gdzieś w lesie, ale sąsiad na pewno zauważy nieobecność sąsiada... Trochę ułatwiło to agentom zadanie, ale na szczęście (dla fabuły naturalnie) nie obyło się bez brzemiennych w skutkach (czytaj- śmiertelnych) pomyłek i zwrotów akcji.

Ale przede wszystkim... Przede wszystkim była Garcia! Znalazła się w centrum wydarzeń i choć przeżyła ciężkie chwile, które na dodatek obudziły bolesne wspomnienia, podniosła się i, cóż, STANĘŁA na wysokości zadania.

Urocze miasteczko, rodem z Men in Trees (może i z Przystanku Alaska, ale nie wiem, bo nie oglądałam), przytulny pensjonat zamiast zimnych, bezosobowych komend policji i biur szeryfa, w których zwykle przyszło profilerom pracować oraz sympatyczna techniczka nadały wszystkiemu jakiegoś takiego ciepła, uczłowieczyły bohaterów, urealniły relacje itd., dzięki czemu można było osobiście zaangażować widza (czyli mnie), a, powiedzmy sobie szczerze, to się CM nie udało od baardzo dawna. Naprawdę to doceniam. Niniejszym zresztą daję temu wyraz;)

niedziela, 25 kwietnia 2010
Billy Currington - People Are Crazy

Niesamowite, ile nauki można wynieść z, niedługiej przecież, piosenki;P Po pierwsze- genialny refren, który może stanowić życiowe motto, a przynajmniej nadaje się na napis na koszulce, a po drugie- warto czasem wysłuchać starszego człowieka, zamienić z nim parę słów, bo nigdy nie wiadomo, czy nie natrafiliśmy na ekscentrycznego bogacza! (Po prawdzie, jeśli przypadkiem okaże się tym, na kogo wygląda, czyli biednym emerytem, to i tak nigdy nie zaszkodzi posłuchać doświadczonego człowieka, ale niektórzy mają alergię na zmarszczki). Chociaż w naszych, polskich, warunkach chyba można się domyślić, że nie ma się przed sobą zwyczajnego dziadka, ledwo wiążącego koniec z końcem, jeśli stać go na piwo i papierosy, nie domaga się, żeby mu stawiać ani nie narzeka, że po takiej imprezie nie będzie miał na lekarstwa:P Tłumaczenie (które jest zbędne, jeśli się obejrzy klip) dedykuję babci, bynajmniej nie a propos staruszków, ale dlatego, że dopiero co opowiadałam jej o tej piosence:)

 TEKST:

This old man and me, were at the bar and we  
Were having us some beers and swaping I dont cares  
Talking politics, blonde and red-head chicks  
Old dogs and new tricks and habits we aint kicked  
 
We talked about Gods grace and all the hell we raised  
Then I heard the ol' man say;  
God is great, beer is good and people are crazy

 
He said "I fought two wars,  
Been married and divorced"  
What brings you to Ohio'  
He said "Damned if I know"  
We talked an hour or two about every girl we knew  
What all we put them through  
Like two old boys will do  
 
We pondered life an death  
He light a cigarette  
He said "These damn things will kill me yet;  
But God is great, beer is good and people are crazy"  
 
Last call its 2am, I said goodbye to him  
I never talk to him again  
Then one sunny day, I saw the old mans face  
Front page Obituary, he was a millionaree  
he left his fortune to some guy he barely knew, his kids were mad as hell  
But me, Im doing well  
And I drop by today, to just say thanks and pray, I left a six-pack right there on his grave and i said; God is great,  
beer is good, and people are crazy.  
 
God is great, beer is good, and people are crazy.  
 
God is great, beer is good, and people are crazy.
  

 

TŁUMACZENIE:

Byliśmy w barze, ten staruszek i ja.

Wypiliśmy parę piw i przerzucaliśmy się "mam to gdzieś",

Rozmawiając o polityce, blondynkach i rudych,

Starych psach i nowych sztuczkach, i nałogach, których nie rzuciliśmy.

 

Mówiliśmy o łasce Boga i o piekle, w którym dorastaliśmy.

Potem usłyszałem słowa staruszka:

Bóg jest wielki, piwo jest dobre, a ludzie są szaleni.

 

Powiedział: "Walczyłem w dwóch wojnach światowych, ożeniłem się i rozwiodłem"

"Co pana sprowadza do Ohio?", odparł: "Żebym to ja wiedział..."

Rozmawialiśmy godzinę czy dwie, o wszystkich dziewczynach, które znaliśmy,

o tym, co musiały przez nas przejść, tak jak to robi dwóch dorosłych chłopaków.

 

Rozważaliśmy sprawy życia i śmierci, on zapalił papierosa,

Powiedział "To cholerstwo mnie kiedyś zabije,

Ale Bóg jest wielki, piwo jest dobre, a ludzie są szaleni."

 

Zamykają o drugiej, pożegnaliśmy się,

Więcej z nim nie rozmawiałem.

 

Potem, pewnego słonecznego dnia, zobaczyłem twarz staruszka,

W nekrologu na pierwszej stronie, był milionerem.

Swoją fortunę zostawił jakiemuś facetowi, którego ledwo znał.

Jego dzieci były wściekłe, ale ja nieźle sobie radzę.

Dzisiaj wpadłem, tylko, żeby podziękować i pomodlić się.

I zostawiłem na jego grobie sześciopak.

I powiedziałem: Bóg jest wielki, piwo jest dobre, a ludzie są szaleni.

 

Bóg jest wielki, piwo jest dobre, a ludzie są szaleni.

 

Bóg jest wielki, piwo jest dobre, a ludzie są szaleni.

sobota, 24 kwietnia 2010
Castle 2x21

 

[spoilery jak stąd, do Arizony, co sie rozumie samo przez się, ale dwa pierwsze akapity można przeczytać, bo odnoszą się do całości i są ogólnikowe]

 

Długo trwało, nim przekonałam się do Castle'a. Przyznaję, że jednym z powodów był tytułowy bohater. Pewnie, Richard Castle jest sympatyczny, może trochę irytujący, ale w zabawny sposób, inteligentny, dowcipny i pewnie nawet przystojny, ale dla mnie grający go i siłą rzeczy użyczający mu powierzchowności Nathan Fillion ma seksapilu mniej więcej tyle, co ogrodowy krasnal, (Chociaż rozumiem, że komuś innemu może się podobać, krasnal zresztą też, założę się, że seksuologia ma nawet na to mądrą nazwę... mam na myśli "krasnalofilię", nie pociąg do Nathana Filliona, na to raczej nie ma...Nieważne). Nie ma oczywiście żadnego prawa, które nakazywało powierzanie głównych ról w serialach detektywistycznych osobom dla mnie atrakcyjnym, (jakkolwiek bardzo by mnie takie prawo ucieszyło), nie jest też wcale powiedziane, że tylko takie osoby chcę oglądać, ale... to pomaga, zwłaszcza w zalewie podobnych produkcji i w sytuacji, kiedy jedna z nich, szczególnie przeze mnie lubiana, kończy swój telewizyjny żywot (konkretnie Life mam tu na myśli). Castle jest serialem dobrym, choć nieco staroświeckim w formie i wtórnym w treści (ale w przypadku kryminałów nie uważam tego za wadę), a jednak jakoś wszystko to się ponakładało i na początku Castle był dla mnie taką "zapchajdziurą" na czarną godzinę, kiedy już zupełnie nic nie będzie do oglądania.

Cóż, żałoba po Life minęła, The Mentalist zatracił gdzieś swoją świeżość i lekkość i pomalutku, pomalutku, Castle stał się serialem wyczekiwanym. Coś wspólnego może z tym mieć i fakt, że jest coraz lepszy, coraz ciekawszy i tylko artstycznych ujęć zwłok z początków odcinków pierwszej serii trochę brak:( Ale aż do niemal końca drugiej serii musiałam czekać na odcinek, który zrobi na mnie wrażenie...

Odcinek zeszłowtorkowy, Den of Thieves, miał swoje niedociągnięcia, na pewno, ale plusy całkowicie przesłoniły mi minusy:P Nie zabrakło wszystkich tych sympatycznych szczegółów, które Castle'a czynią Castlem, jak zabawy z Alexis (tym razem gra w pokera), sceny w kostnicy, Castlowe komentarze ("Betrayal, lies, deceit, sounds like my first marriage."), ale to, co najbardziej mi się podobało, to było coś nowego. Tym razem sprawa, nad którą Beckett i jej koledzy pracowała, okazała się bardzo osobista. I to nie dla Castle'a, jak na przykład A Rose for Everafter, nie dla Beckett, jak Sucker Punch, ale, niespodzianka!, dla detektywa Esposito. Tak, dla tego tam w tle, (tego większego), w najlepszym razie wykorzystywanego do tej pory jako akcent komediowy.

Bo detektyw Javier Esposito ma PRZESZŁOŚĆ. (I ma imię!) I ma uczucia. Jest wielowymiarową postacią, a nie dekoracją. Więc kiedy sprawa zabójstwa złodzieja na emeryturze niespodziewanie wiąże się z jego przeszłością, musi stawić czoła jej demonom i zdecydować, komu może zaufać (To MIAŁO zabrzmieć pompatycznie:P). Bo o zabójstwo jest podejrzany jego dawny partner... który nie żyje. W sumie motyw nie najoryginalniejszy, ale fajnie sprzedany. (Zastanawia mnie tylko, jak to zorganizował z rodziną. Bo przecież dziecku takiej tajemnicy powierzyć nie można- wyrwie mu się w szkole czy w czasie zabawy z kolegami i po konspiracji. Ale jeśli żona wiedziała, a synowi nie powiedziała i pozwoliła mu wierzyć, że ojciec nie żyje, to bardzo okrutne i w sumie mało prawdopodobne,bo zupełnie nie po matczynemu...) A grający det. Esposito Jon Huertas był świetny, gdy tak się miotał, między lojalnością a obowiązkiem. Do tego znowu otarliśmy się o przestępczość zorganizowaną, był też skorumpowany (na szczęście bardzo antypatyczny, więc nikomu nie żal) gliniarz z wewnętrznego- oj, działo się.

I, last but no least, wracając też do kwestii na początku wpisu poruszonej, w końcu znowu było na kim oko zawiesić. Pojawił się bowiem Sam Anders niejaki detektyw Demming, badający sprawę kradzieży dokonanej przez ofiarę (przed śmiercią naturalnie ofiara jej dokonała), w międzyczasie także występujący w charakterze worka treningowego detektyw Beckett oraz podejrzanego o bardzo złe rzeczy. A ponieważ do Michaela Trucco i jego błękitnych oczu mam słabość od czasów BSG, jestem całkowicie usatysfakcjonowana, więcej niż usatysfakcjonowana, 21. odcinkiem drugiej serii Castle'a. Howgh.

 

piątek, 23 kwietnia 2010
Mike Carey - Krew nie woda

[To właściwie nie jest recenzja. To są luźne refleksje po lekturze i jeśli ktoś ma ją jeszcze przed sobą (zazdroszczę), to może lepiej, żeby nie czytał, co napiszę dalej, bo szkoda sobie popsuć niespodziankę.]

Zastanawiałam się długo, co za film musiałam niedawno oglądać, że ciągle mam przed oczami takie "piekielne" obrazy- czerwone języki ognia i kłęby czarnego dymu, trawiące obskurne blokowisko, strumienie krwi spływające chodnikami (czy też "chodniki spływające strumieniami krwi":P) i ogarniętych morderczym szałem ludzi- mężczyzn, kobiety i, najbardziej przerażające, dzieci o pustych spojrzeniach i nabiegłych krwią twarzach. Myślałam i myślałam, próbowałam sobie przypomnieć- bezskutecznie, bo a) takich filmów raczej nie oglądam i b) najpierw musiałabym sobie przypomnieć, kiedy ostatnio oglądałam cokolwiek pełnometrażowego. I nagle mnie olśniło. To nie był film. To scen z ostatnich stron czwartego tomu opowieści o moim ulubionym egzorcyście (MUE) nie mogę wymazać z pamięci, a są tak żywe, jakbym wszystko na własne oczy, choć z bezpiecznej odległości, tak, żeby ogarnąć całość, widziała... Tak obrazowa i sugestywna jest narracja Mike'a Careya.

Przeklinam (chociaż, naturalnie, bardziej błogosławię) dzień, w którym Mój własny wróg, o 20 złotych przeceniony, wpadł w moje ręce. Przeklinam, bo każdy następny tom powieści Careya MUSZĘ mieć natychmiast, zaraz po premierze, dlatego tylko, że przed się nie da i nie jestem w stanie cierpliwie czekać, aż wyląduje gdzieś w taniej książce. (A równowartość 10 piw, że zastosuję studencką taryfę, chociaż na studenckie to pewnie 20 piw z Biedronki, piechotą nie chodzi. Niby raz na pół roku to nie jest wielki uszczerbek dla budżetu, ale nie samym Careyem czytelnik żyje a tak się składa, ze praktycznie każda z moich "must have" książek tyle kosztuje:( Koniec dygresji na temat cen książek w Polsce.) Na Krew nie woda MAG mi kazał oczekiwać dwa tygodnie dłużej, niż pierwotnie obiecywał i ciągnęły się te dwa tygodnie nieznośnie, ale nie ma tego złego. Felix Castor powrócił, by znowu pod pretekstem pomocy niewinnym, prześladowanym przez zjawiska nadprzyrodzone mieszkańcom Londynu, zbierać cięgi, baty, łomot, (nie ważne, jak się nazwie, boli tak samo) od demonów, łaków, zombie i nie darzących go sympatią ludzi, kolekcjonować rany cięte, kłute, tłuczone i szarpane, sińce, krwotoki, złamania, wstrząśnienia mózgu itp., leczyć je litrami taniego (bo na drogi nie stać kogoś, kto nawet czynszu nie ma z czego spłacać) alkoholu i z właściwym sobie czarnym humorem dzielić się swoimi u- i odczuciami na ten temat z czytelnikami. I, jako że tym razem bez szpitala się nie obyło, można powiedzieć, że Fix wrócił w wielkiej formie:P

W tym tomie musi stawić czoła przeciwnikowi zupełnie nieznanemu i tak potężnemu, że gdyby nasz bohater miał choć trochę zdrowego rozsądku, spakował by flet i flaszkę whisky i ewakuował się na drugą półkulę... innej planety. Najlepiej w innym Układzie Słonecznym. Ale, jak wiadomo, MUE jest uosobieniem wielu talentów i zalet, ale raczej nie należy do nich zdrowy rozsądek. Więc porywa się z motyką na słońce, a myślenie zostawia sobie na później. Żeby pokonać potężnego demona musi odbyć sentymentalną podróż do rodzinnego Liverpoolu i rozdrapać parę dawno zabliźnionych ran, pojednać się z bratem i... przyjąć ofertę pomocy od Asmodeusza. No dobrze, może i nie musi, ale przyjmuje. Cena będzie boleśnie wysoka a konsekwencje? W całej okazałości poznamy pewnie w następnej części, a ich zapowiedź- wbija w fotel (w krzesło, w materac, w kibelek... czy w to, w/na czym akurat się lekturze oddajemy).

I to jest jedyna rzecz, która mi się nie podobała - zakończenie. Tzn. sam jego fakt oraz to, że pozostawia czytelnika oszołomionego, jak by go jakiś "loup-garou" zdzielił kijem bejsbolowym po głowie, z milionem pytań na końcu języka, na kolejne długie, smutne miesiące wypełnione modlitwami o zdrowie i zapał do pracy dla tłumaczki...

środa, 21 kwietnia 2010
Blake Shelton - Austin

(tu Blake na żywo, a tu teledysk http://www.cmt.com/videos/blake-shelton/309529/austin.jhtml ,  moje ograniczone umiejętności informatyczno-blogopisarskie jakoś mi nie pozwalają go tu wcisnąć:(, wychodzi taki mały kwadracik, ale jak ktoś chce, to sobie po linku trafi, bo, o dziwo, można ten film i w Polsce oglądać:))

W niedzielę Miranda Lambert dostała dwie statuetki "eee... kapelusza?" od ACM. Nie zazdroszczę, bo nigdy nie miałam ambicji zostania gwiazdą country. Ani żadnego innego rodzaju. Za to gdybym powiedziała, że ani trochę jej nie zazdroszczę Blake'a, to bym skłamała. No ale, szczerze, widzicie, jak on wygląda?

(A do tego śpiewa, a wiadomo, "chłopak z gitarą..."). No, ale nie chcę, żeby to miało wydźwięk seksistowski. Po prostu lubię tę piosenkę, jest taka ciepła i urocza i bezpretensjonalna i jakby ją śpiewał powiedzmy Eddie Montgomery (bez urazy), też bym ją lubiła, uroda wokalisty to zawsze tylko dodatkowy plus. A jak sobie wyobrażę tych wszystkich ludzi, którzy dzwonili przez rok do "podmiotu lirycznego" nie z Austin i słyszeli PS:P Znajomi pewnie myśleli sobie "zwariował na jej punkcie, trzeba by coś zrobić, żeby przestał o niej myśleć" i próbowali, choćby zapraszając go na kręgle, jakoś odciągnąć jego myśli od niej, ale nieznajomi, na przykład dzwoniący w sprawie samochodu, mogli mieć zagwozdkę:D

TEKST:

She left without leavin' a number
Said she needed to clear her mind
He figured she'd gone back to Austin
'Cause she talked about it all the time
It was almost a year before she called him up
Three rings and an answering machine is what she got

If you're callin' 'bout the car I sold it
If this is Tuesday night I'm bowling
If you've got somethin' to sell, you're wastin' your time, I'm not
buyin'
If it's anybody else, wait for the tone,
You know what to do
And P.S. if this is Austin, I still love you

The telephone fell to the counter
She heard but she couldn't believe
What kind of man would hang on that long
What kind of love that must be
She waited three days, and then she tried again
She didn't know what she'd say,
But she heard three rings and then

If it's Friday night I'm at the ballgame
And first thing Saturday, if it don't rain
I'm headed out to the lake
And I'll be gone, all weekend long
But I'll call you back when I get home
On Sunday afternoon
And P.S. If this is Austin, I still love you

Well, this time she left her number
But not another word
Then she waited by the phone on Sunday evenin'
And this is what he heard

If you're callin' 'bout my heart
It's still yours
I should've listened to it a little more
Then it wouldn't have taken me so long to know where I belong
And by the way, boy, this is no machine you're talkin' to
Can't you tell, this is Austin, and I still love you

I still love you


TŁUMACZENIE:

Odeszła, nie zostawiając numeru.

Powiedziała, że musi oczyścić umysł.

Sądził, że wróciła do Austin,

Bo ciągle o tym mówiła.

Minął prawie rok, nim do niego zadzwoniła.

Trzy dzwonki i automatyczna sekretarka- oto, co usłyszała:


Jeśli dzwonisz w sprawie samochodu – sprzedałem go.

Jeśli to wtorkowy wieczór – jestem na kręglach.

Jeśli chcesz coś sprzedać – tracisz czas, nie kupię.

Jeśli dzwonisz w innej sprawie, zaczekaj na sygnał,

Wiesz, co robić.

I P.S. - Jeśli to Austin - wciąż cię kocham.


Słuchawka upadła na blat.

Słyszała, ale nie mogła uwierzyć.

Jaki facet czekałby tak długo?

Jaka to musi być miłość!

Odczekała trzy dni i spróbowała ponownie.

Nie wiedziała, co mu powie,

Ale usłyszała trzy dzwonki i:


Jeśli to piątek – jestem na meczu,

A w sobotę, z samego rana, jeśli nie będzie padać,

Wybieram się nad jezioro

I nie będzie mnie przez cały weekend,

Ale oddzwonię, kiedy wrócę,

W niedzielę po południu.

I P.S. - Jeśli to Austin - wciąż cię kocham.


Cóż, tym razem podała swój numer,

Ale nic nie dodała.

Potem, w niedzielę wieczorem, czekała na telefon.

Oto, co usłyszał:

Jeśli dzwonisz w sprawie mojego serca -

Wciąż należy do ciebie.

Powinnam go częściej słuchać,

Wtedy nie zabrałoby mi tyle czasu odnalezienie mojego miejsca.

I, nawiasem mówiąc, chłopcze, nie rozmawiasz z automatem,

Uwierzysz? Tu Austin i wciąż cię kocham.


Wciąż cię kocham.

 

wtorek, 20 kwietnia 2010
45. doroczne rozdanie nagród Academy of Country Music

 

W niedzielę w Las Vegas ACM po raz 45. uhonorowała najlepszych twórców najlepszego:P (no dobrze, jednego z najlepszych) gatunku muzyki. W tym roku pozwoliłam się zaskoczyć i nie sprawdziłam rezultatów przed obejrzeniem gali w poniedziałkowy wieczór. Dobra strona mieszkania w "nie-bardzo-country-kraju": łatwo takie wiadomości zignorować, bo po prawdzie, to nikt o nich nie wspomina. Zła: oczywiście trzeba piracić, żeby, choćby z poślizgiem, zobaczyć wszystko na własne oczy:(

W każdym razie Taylor* jakimś cudem (może dlatego, że nagrody przyznaje szanowna Akademia, a widzowie mieli coś do powiedzenia tylko przy kategoriach Artysta roku i Najlepszy nowy artysta?) odeszła z kwitkiem a Darius Rucker nie zaśpiewał Allright , więc zauważam postęp w stosunku do ubiegłorocznych imprez:P

Zresztą, jeśli chodzi o Artystę roku- czy ktoś z czystym sumieniem może powiedzieć, że któreś z nominowanych na ten tytuł w zeszłym roku nie zapracowało? Carrie była wyborem tak samo dobrym, jak każdy inny.

Nie mam też nic przeciwko gradowi nagród dla Lady Antebellum, (aczkolwiek ja, wybierając najlepszy zespół, wahałabym się raczej między Rascal Flatts [sentyment] a Zac Brown Band [imponujący debiut]), w tym dla "niezbyt-country" piosenki I Need You Now, bo choćby nagrody Grammy udowadniają, że gatunek jest pojęciem względnym, a sama piosenka, od "countrowości" abstrahując, nawet jeśli niezbyt ambitna, jest (mało obiektywne sformułowanie, wiem, i jeszcze mniej mówiące) naprawdę ładna i wpada w ucho (a kilka tygodni temu przez parę dni słuchałam jej w kółko po kilka godzin i ciągle mi się podoba, to o czymś świadczy), do tego zilustrowana sympatycznym teledyskiem (i "poprawnym politycznie", kiedy Charles śpiewa o "kolejnej kolejce whiskey" widzimy go nad kulturalną filiżanką kawy, chociaż, kto wie, co tam rzeczywiście popija:P Rozbraja mnie to niezmiennie.)

Zgadzam się również co do nagrody dla najlepszego wokalisty. Zawsze jestem pierwsza do obsypywania zaszczytami Kenny'ego, ale może, jak tak parę lat będzie pomijany przy rozdaniach nagród, dotrze do tej łysej makówki w kowbojskim kapeluszu, że czas najwyższy wydać nową płytę a nie grzać się ciągle w promieniach minionej chwały (zdaję się, że pomieszałam parę frazeologizmów?) przy kolejnych częściach Greatest Hits. A do tego Brad w wodzie i Brad z ręczniczkiem i Brad (dlaczego, ach, dlaczego, Matthew, się nie zgodziłeś?!) chcący pożyczyć suchą koszulę od McConaugheya, odbierający statuetkę... ee.. kapelusza?- mmm...

Jeśli chodzi o Najlepszą wokalistkę, nie mam zdania, bo jakoś tak, jeśli chodzi panie, jestem trochę nie doinformowana i "nie dosłuchana". Jednakowoż akurat Mirandy Lambert to już wyjątkowo nie znałam. Parę piosenek, usłyszanych w radio, i tyle. Ale przypuszczam, że każda z nich (piosenkarek, znaczy) na nagrodę zasłużyła z tego czy innego powodu, a piosenka The House That Built Me, którą laureatka na gali zaśpiewała, autentycznie mnie wzruszyła. Z tym, że teraz właśnie po raz trzeci słucham Albumu roku, czyli Revolution tej pani i, mając w pamięci American Saturday Night Brada Paisleya z genialną (w moim odczuciu) piosenką Welcome To The Future i przesłodką, przeuroczą, "prze-wszystkie-ci-zazdrościmy-Kimberly" Then, czy choćby The Foundation Zac Brown Band (Toes, Highway 20 Ride i Chicken Fried) z TĄ jedną nagrodą zgodzić się nie mogę. Ale na szczęście nie muszę:P CMA przyznaje nagrody, a co kto sobie myśli na ten temat, to jego.

A Rebie McEntire dziękujemy za prowadzenie, za przedstawienie Faith Hill, za piosenkę i... że jest:)

*Ostatni już raz, a propos panny Swift i nie wracajmy do tego- może i jestem zazdrosna, bo Taylor jest śliczną, wysoką blondynką, która zarabia kupę kasy robiąc to, co lubi, a ja nie (na wszystko powyższe, chociaż w starym dowodzie byłam "wysoka"). Ale tak czy inaczej, jedno można powiedzieć o nas obu- śpiewać nie umiemy.

 

poniedziałek, 19 kwietnia 2010
"Where were you when the world stopped turning...?"

Where were you when the world stopped turning? pytał się Alan Jackson po 11. września, a ja miałam wyrzuty sumienia, odpowiadając na to pytanie, bo dnia tego, kiedy już doszłam do wniosku, że poprawka z literarury nie zając i mogę włączyć sobie tv, w przeciwieństwie do większości pogrążonego w bólu, szoku i innych niefajnych i całkowicie usprawiedliwionych w tej sytuacji emocjach i oglądającego cnn/euronews/tvn24, świata, ja cieszyłam się na mecz Viktorii Žižkov z Tirolem Innsbruck w Pucharze UEFA, największym moim zmartwieniem było, że nie zobaczę swojego idola z lat dziecięcych, Brzęczka, a pokazujący się w czasie transmisji na dole ekranu pasek z tragicznymi wiadomościami, skupiona na wydarzeniach na boisku, całkowicie ignorowałam. O wszystkim dowiedziałam się dopiero, kiedy tato wrócił z pracy i włączył tvn24.

Gdy byłam mała i słuchałam babcinych opowieści o czasach odległych, w tym o II. wojnie, zastanawiałam się, jak to jest, być świadkiem i uczestnikiem Historii, takiej przez duże H, o której potem napiszą w podręcznikach i trochę babci zazdrościłam, bo na wojnę się jakoś nie zanosiło. Naście lat później, wraz z resztą zestresowanego pomniejszym kolokwium tłumku, bezmyślnie zsuwałam z ławek specjalne wydanie jakiejś darmowej gazetki (chociaż moze to była GW...), na pierwszej stronie krzyczące wielkimi cyframi 20. 03. 2003, żeby mieć gdzie porozkładać notatki. Po południu wróciłam do domu, a z kontemplacji tego, co napisałam, a czego nie napisałam, a powinnam, bo przecież to wiedziałam, wyrwało mnie pytanie babci: Słyszałaś? Jest wojna! Nasi też pojadą...

W zeszłą sobotę, jak gdyby nigdy nic, wstałam sobie świtkiem o czternastej, przepełniona radością życia i perspektywą pierwszego od dawien dawna dnia, kiedy nikt nic ode mnie nie będzie chciał i w końcu będę się mogła podzielić ze światem moimi refleksjami na temat przedostatniego odcinka Ugly Betty i najnowszej książki o moim ulubionym egzorcyście... Akurat brat wrócił z pracy. -Wiesz, że prezydent nie żyje? -Eee... jak to? Nasz prezydent? Nasz własny, polski prezydent? Jak to nie żyje?... Bo, umówmy się, prezydenci są nieśmiertelni. Są ponad to. No dobrze, umierają, ale od kul zamachowców i takich tam. Śmiercią romantyczną, bohaterską nawet czasem, i zawsze jest ktoś winny, można kogoś skazać na śmierć, wypowiedzieć wojnę i sobie ulżyć. Nie tak zwyczajnie, jak przeciętni obywatele. -Co się stało, jak to, prezydent nie żyje? -Samolot się rozbił. I prezydent i prezydentowa i różni ważni ludzie, chyba z dziewięćdziesiąt osób... w radiu od rana trąbią...

I'm just a singer of simple songs/I'm not a real political man/I watch CNN but I'm not sure I can tell you/The difference in Iraq and Iran.-Jackson śpiewa w refrenie. Amen, bracie (ja nawet nie umiem śpiewać). Nie przyczyniłam się do elekcji tego prezydenta. Niespecjalnie orientuję się, czy gdzieś tam w czymś tam, co pod termin polityka podchodzi, zgadzaliśmy się, choć raczej nie. Był tylko nazwiskiem w gazecie i twarzą w telewizorze. Ale był MOIM prezydentem. Nie wybrałam go, ale wybrała go większość moich rodaków. Był prezydentem Polski, a ja jestem wyrośnięty "Polak mały". Jego śmierć poruszyła moją, bardzo wrażliwą, patetyczno-patriotyczną strunę, która prostuje mi kolana już przy pierwszych taktach Mazurka, wyciska łzy przy oglądaniu apelu poległych i pierś dumą rozpiera na widok łopoczącej na wietrze Biało-czerwonej.

Tygodniową żałobę narodową przyjęłam więc ze zrozumieniem, uczciwszy całe wydarzenie minutą ciszy i zapiwszy własnej roboty czerwonym gronowym półsłodkim. Naturalnie, w tak podniosłych chwilach pisanie o rzeczach banalnych i przyziemnych, jak seriale i powieści o egzorcystach byłoby bardzo nie na miejscu. Tylko, że żałoba się skończyła, ta oficjalna przynajmniej, ale ciągle nie jestem pewna, czy już wypada...

15:45, ejaa333
Link Dodaj komentarz »
sobota, 03 kwietnia 2010
Wesołych Świąt!

resurrection

Można życie poświęcić udowadnianiu wyższości Wielkanocy nad Bożym Narodzeniem, albo odwrotnie. Właściwie odwrotnie łatwiej, bo... choinka i prezenty kontra malowana jaja?! Nie da się świętować czyjegoś zmartwychwstania, jeśli się nie urodził- więc plus dla Bożego Narodzenia. Boże Narodzenie ma Kevina i Szklaną Pułapkę i milion innych filmów z dzwoneczkami i światełkami, a Wielkanoc co najwyżej Pasję, Jesus Christ Superstar i, jeśli ktoś się uprze, Uciekające kurczaki (:P) i Odkupienie- plus dla Bożego Narodzenia...

Wielkanoc jest właściwie bez sensu, jeśli nie jesteś chrześcijaninem. (Ewentualnie jeśli  nie kultywujesz jakichś pogańskich świąt wiosny, równonocy, "cyceguś"). Wszystkim, którzy sens w niej znajdują głęboki i duchowy, chciałam zadedykować piosenkę Billego Raya Cyrusa (tak, tego od Miley "Hanny Montany" i nie dam złego słowa powiedzieć na moją potencjalną pasierbicę:P) I Need You Now, znaną tez jako I Know You Now, może po to, żeby nie mylić z najnowszym przebojem Lady Antebellum, nie wiem. Niestety nie znalazłam żadnego teledysku, filmiku. (link do wersji audio, od dybusmariusz, w komentarzach, ogromne dzięki!)

TEKST

I've never seen that little town where You were born

It was long before my time and far away

But as time goes on I think about You more and more

And wonder what it was like in those day's

I wish I could have walked with You

You might have called me friend

But there's no way I could've known You then

But I know You now

I know Your name

A lot of awesome things You did and why You came

I didn't know You when

You helped that lame man rise up from his bed

I didn't know You when

You stood there and called Lazarus from the dead

But I know You now

I didn't see You feed that tired hungry crowd

With five loaves and two fish one afternoon

And I didn't see You catch Peter’s hand

So he wouldn't drown

When he tried the walk on water like You

I couldn't see Your face

When You taught those little kids

There's just no way I could've seen You then

But I see You now

I see Your love

I see a tiny glimpse of You in every one of us

I didn't see You on the mount of olives

Crying as You prayed

I couldn't see You when You were kissed by Judus and betrayed

But I see You now

Oh, I didn't need You when that bitter angry mob

Shouted out crucify him

And I couldn't have needed You

When they laughed and mocked You

But it could be I'm a little bit like them

Cause I need You now

I need Your grace

And how I needed Your forgiveness to be saved

I didn't need You when Pilates soldiers beat You to the ground

I didn't need You when You hung there

Bleeding from Your thorny crown

But I need You now

Oh, I need You now

TŁUMACZENIE:

Nigdy nie widziałem tego miasteczka, w którym przyszedłeś na świat.

To było długo przed moim urodzeniem i daleko stąd.

Ale z czasem coraz częściej myślę o Tobie.

I zastanawiam się, jak to wtedy było.

Chciałbym móc ci towarzyszyć,

Mógłbyś nazywać mnie przyjacielem.

Ale nie mogłem Cię wtedy znać.

Ale teraz Cię znam.

Znam Twoje imię.

Te wspaniałe rzeczy, których dokonałeś i wiem, dlaczego przyszedłeś.

Nie znałem Cię, kiedy

Pomogłeś temu chromemu wstać z łóżka.

Nie znałem Cię, kiedy

Stałeś tam i wzywałeś Łazarza, aby powstał z martwych.

Ale teraz Cię znam.

Nie widziałem Cię, jak karmiłeś ten zmęczony, głodny tłum

Pięcioma chlebami i dwoma rybami pewnego popołudnia.

I nie widziałem Cię, kiedy chwyciłeś Piotra za rękę,

Żeby nie utonął,

Gdy próbował iść po wodzie, tak jak Ty.

Nie widziałem Twojej twarzy,

Kiedy nauczałeś te małe dzieci.

Po prostu nie mogłem Cię wtedy widzieć.

Ale teraz Cię widzę.

Widzę Twoją miłość.

Widzę małe przebłyski Ciebie w każdym z nas.

Nie widziałem Cię na Górze Oliwnej,

Modlącego się we łzach.

Nie widziałem, jak Judasz pocałował cię i zdradził.

Ale teraz Cię widzę.

Och, nie potrzebowałem Cię, kiedy ten wściekły tłum

Krzyczał "Ukrzyżować go!"

I nie byłeś mi potrzebny,

Kiedy śmiali się i szydzili z Ciebie.

Ale może jestem trochę do nich podobny.

Bo teraz Cię potrzebuję.

Potrzebuję Twojej łaski.

I bardzo potrzebuję Twego przebaczenia, by osiągnąć zbawienie.

Nie potrzebowałem Cię, gdy żołnierze Piłata bili Cię, aż upadłeś.

Nie potrzebowałem Cię, kiedy tam wisiałeś,

Krwawiąc od korony cierniowej.

Ale teraz Cię potrzebuję.

Och, teraz Cię potrzebuję.

niedziela, 28 marca 2010
Hurtem...

Niesamowite, ile się może zdarzyć przez półtora tygodnia, kiedy człowiek nie ma czasu nawet na odcinek serialu. Jak człowiek siedzi w domu na czterech literach i się nudzi, to się nic nie dzieje. (Człowiek tęskni za niedawnymi czasami, kiedy się nudził. Rzadko. I raczej specjalnie. Ale zawsze...). No i dzisiaj nadrabiać musiałam, bo to i...

1. Justified. Serial się reklamował facetem w kowbojskim kapeluszu. Mam słabość do facetów w kapeluszu. Zwłaszcza stróżów prawa.

Benton Fraser

Zwłaszcza w kapeluszu kowbojskim.

butch

Nie jestem natomiast fanką rewolwerowców. Podejrzewam, że broń rekompensuje im "niedorozwinięcie" pewnej części ciała. (Pewnej istotnej, szczególnie w kontekście "You can leave your hat on..." części ciała..). Prawdziwi twardziele zabijają gołymi rękoma:P Ale Justified, z przymrużeniem oka i biorąc pod uwagę specyfikę gatunku (że niby western), ogląda się fajnie. Miło coś nowego zobaczyć, przywiązać się do nowych bohaterów.

2. I Chuck.  Mam wrażenie, że z wdzięczności za ocalenie w zeszłym sezonie i ze strachu przed anulowaniem serialu w tym roku, twórcy wychodzą z siebie, co sprawia, że ostatnio każdy odcinek jest "prawie jak season finale". Nie mam nic przeciwko. A jako, że znam na pamięć pierwowzór wszelkich wariacji na temat, a przecież mimo to niepowtarzalną, bessonowską Nikitę, znam na pamięć Point of No Return (nie mylić z piosenką zespołu Kansas Point of KNOW Return, chociaż ją też znam na pamięć) z seksownym, jak zwykle, Gabrielem Byrne'm, uroczym, jak zwykle, Dermotem Mulroneyem i... co by tu miłego... chudą, jak zwykle, Bridget Fondą:P, a przede wszystkim, znam na pamięć, od początku do końca, od końca do początku i na wyrywki oraz uwielbiam bezgranicznie i bezkrytycznie serial Nikita, poniedziałkowy odcinek Chucka uwielbiam za nową interpretację najsłynniejszej sceny z ww. obrazów, czyli UROCZYSTEJ KOLACJI. You're the only one of them who still has a soul, Chuck...

3. No i Supernatural. "Supek" wrócił! W końcu, po miesiącach postu... No ja wiem, że tymczasem istotnie JEST post i że trza się umartwiać, ale co za dużo, to niezdrowo. No i martwi wstający z grobów też tak trochę w wielkanocnym klimacie:P Było trochę straszno (no to mnie macie, obejrzałam we wczesnej młodości ten film z "Brendą Walsh" i Costasem Mandylorem i od tego czasu trochę się jednak chodzących trupów boję. ), trochę śmieszno i trochę smutno. Trochę mnie nie przekonało. Doprawdy, że też Śmierci się chciało robić takie zamieszanie, żeby przekazać wiadomość BOBBY'EMU?! Niby ciężko powiedzieć, że taka długa przerwa napędzała akcję, a jednak, paradoksalnie, mam wrażenie, że ten odcinek jakoś ją przyhamował:( What's dead should stay dead. No, ale "Supek" wrócił!

4. Oraz na deser 2 seriale o niczym z ładnymi ludźmi: Gossip Girl. Nate i Serena są razem taki śliczni i uroczy, że ich muszę oglądać w okularach przeciwsłonecznych. I wujaszek Jack powrócił z nowym diabolicznym planem i z nowym sprzymierzeńcem (czy raczej sprzymierzeń... czynią?). Ale fajnie:) Grey's Anatomy. Właściwie, obiektywnie, mało poruszający odcinek, nie urzekła mnie niczyja historia, chociaż potencjał był, mimo to zaliczę ten odcinek do moich ulubionych z jednego powodu. Był "owenocentryczny". Niewiele mi trzeba...

Ech, nie ma to jak pracowity weekend po męczącym tygodniu:P

środa, 17 marca 2010
Reba McEntire & Kenny Chesney - Every Other Weekend

 

Pomału wszystkie "midseasonowe" seriale mi się kończą,  tak jak i ten-o-długim-tytule, którego, gdyby to, o czym nieustannie w nim rozmawiają, robili na wizji, nie można by pokazywać przed północą, a tak jest "tylko" sympatycznym serialem familijnym:P, czyli The Secret Life of the American Teenager. Walka Amy i Ricky'ego o opiekę nad małym Johnem skojarzyła mi się z piosenką Reby McEntire Every Other Weekend.

W jakimś staroświeckim i podkloszowym świecie przyszło mi żyć i  w dzieciństwie nie znałam żadnej koleżanki czy kolegi, których rodzice byliby rozwiedzeni, zaś małżeństwa współczesnych  koleżanek i kolegów jeszcze nie zdążyły się porozpadac (żartuję, oczywiście, że się NIGDY nie rozpadną;P) ale od czego są amerykańskie filmy i seriale? Miałam więc we wczesnej młodości okres, kiedy marzyłam o dwóch własnych pokojach, podwójnych prezentach na urodziny i dodatkowym rodzeństwie z obu stron. Marzenie mi się na szczęście nie spełniło (jak śpiewa Garth Brooks "Some of God's greatest gifts are unanswered prayers":P), a z czasem tym dzieciom z amerykańskich filmów przestałam zazdrościć, a zaczęłam współczuć. Nigdy natomiast nie myślałam o uczuciach ich rodziców...

Jeśli chodzi o to powyżej, zastanawiałam się, czy postawić na CAŁĄ piosenkę, czy na FRAGMENT oryginalnego teledysku, skoro nie można mieć wszystkiego. Zdecydowałam się na to drugie. Może nadejdzie taki piękny dzień, że i w Polsce będziemy mogli oglądać te same klipy, co reszta świata, a póki co muszą nam wystarczyć okruszki:(

TEKST PIOSENKI (nawet z didaskaliami):

(Reba)
Every Other Friday
It's toys and clothes and backpacks
Is everybody in?
Ok lets go see dad
Same time in the same spot
Corner of the same old parking lot
Half the hugs and kisses
There are always sad
We trade a couple words and looks and kids again
Every Other Weekend

(Kenny)
Every Other Weekend
Very few exceptions
I pick up the love we made in both my arms
It's movies on the sofa
Grilled cheese and cut the crust off
"But that's not the way mom makes it daddy" breaks my heart
I miss everything I use to have with her again
Every Other Weekend

(Kenny)
But I can't tell her I love her

(Reba)
I can't tell him I love him

(Kenny)
Cause there's too many questions and

(Both)
Ears in the car

(Reba)
So I don't tell him I miss him

(Kenny)
I don't tell her I need her

(Both)
She's(He's) over me, that's where we are

(Kenny)
So we're as close as we might ever be again

(Both)
Every Other Weekend

(Reba)
Every Other Saturday
First thing in the mornin'
I turn the TV on to make the quiet go away
I know why, but I don't know why
We ever let this happen
Filling for forever was a big mistake
There's so much not to do, and all day not to do it in
Every Other Weekend

(Kenny)
Every Other Sunday
I empty out my backseat
While my children hug their mother in the parking lot
We don't touch
We don't talk much
Maybe goodbye to each other
Then she drives away with every piece of heart I've got
I reconvince myself we did the right thing
Every Other Weekend

(Kenny)
So I can't tell her I love her

(Reba)
I can't tell him I love him

(Kenny)
Cause there's too many questions and

(Both)
Ears in the car

(Reba)
So I don't tell him I miss him

(Kenny)
I don't tell her I need her

(Both)
She's(He's) over me, that's where we are

(Kenny)
So we're as close as we might ever be again

(Both)
Every Other Weekend

(Kenny)
Yeah for fifteen minutes we're a family again

(Reba)
God I wish that he was still with me again

(Both)
Every Other Weekend

TŁUMACZENIE:

 

(Reba)

Co drugi piątek

Są zabawki, ubranka i plecaki,

Wszyscy na miejscach?

Dobrze, jedźmy zobaczyć się z tatą.

O tej samej porze w tym samym miejscu,

W rogu tego samego starego parkingu.

Połowa uścisków i całusów

Jest zawsze smutna.

Zamieniamy parę słów i znów spoglądamy na dzieci.

Co drugi weekend.

(Kenny)

Co drugi weekend,

Z nielicznymi wyjątkami,

Biorę na ręce owoce naszej miłości.

Są filmy na kanapie,

Grilowany ser i obkrawana skórka od chleba,

"Ale, tatusiu, mamusia to robi inaczej" łamie mi serce,

Znów tęsknię za tym wszystkim, co mieliśmy razem,

Co drugi weekend.

(Kenny)

Ale nie mogę powiedzieć jej, że ją kocham.

(Reba)

Nie mogę powiedzieć mu, że go kocham.

(Kenny)

Bo jest zbyt wiele pytań i

(Razem)

W samochodzie słuchają.

(Reba)

Więc nie powiem mu, ze tęsknię za nim.

(Kenny)

Nie powiem jej, że jej potrzebuję.

(Razem)

Ona (on) to już przeszłość, taka jest sytuacja.

(Kenny)

Więc jesteśmy tak blisko, jak to jeszcze możliwe,

(Razem)

Co drugi weekend.

(Reba)

Co sobotę

Pierwsze, co robię rano,

To włączam telewizję, zeby rozproszyć ciszę.

Wiem, dlaczego, ale nie wiem, dlaczego

Dopuściliśmy do tego

Próba zabijania czasu była złym pomysłem,

Jest tyle do nie zrobienia i cały dzień, żeby tego nie robić

Co drugi weekend.

(Kenny)

Co drugi weekend

Zbieram rzeczy z tylnego siedzenia,

Podczas gdy na parkingu moje dzieci ściskają swoją matkę.

Nie dotykamy się,

Niewiele mówimy,

Może tylko "do widzenia".

Potem ona odjeżdża ze wszystkimi kawałkami mojego serca.

Znowu przekonuje samego siebie, że dobrze postąpiliśmy.

Co drugi weekend.

(Kenny)

Ale nie mogę powiedzieć jej, że ją kocham.

(Reba)

Nie mogę powiedzieć mu, że go kocham.

(Kenny)

Bo jest zbyt wiele pytań i

(Razem)

W samochodzie słuchają.

(Reba)

Więc nie powiem mu, ze tęsknię za nim.

(Kenny)

Nie powiem jej, że jej potrzebuję.

(Razem)

Ona (on) to już przeszłość, taka jest sytuacja.

(Kenny)

Więc jesteśmy tak blisko, jak to jeszcze możliwe,

(Razem)

Co drugi weekend.

(Kenny)

Tak, przez kwadrans znów jesteśmy rodziną.

(Reba)

Boże, chciałabym, żeby nadal był ze mną

(Razem)

Co drugi weekend.

 

 
1 , 2 , 3 , 4